piątek, 14 listopada 2014

Rozdział 1

Wsiadłem do autobusu, który pojawił się równo o siódmej dwadzieścia. Nie mogłem nic poradzić na to, że i tak spędzę godzinę na świetlicy. Autobus prowadził tylko jeden kurs i nie miał zamiaru dostosowywać się do moich wymagań. Nie miałem także co liczyć na rodziców. Nasz samochód, który już powinien być oddany do muzeum, nie przejechałby nawet kilku metrów, co mówić o prawie dwóch kilometrach?

Usiadłem na jednym z pustych miejsc. Jak codziennie przez kilka lat, wszystkie odważniejsze osoby witały się ze mną, a ja im nie odpowiadałem. No bo w sumie, za kogo oni się uważali? Tak, może byłem trochę wredny ("trochę" to małe niedopowiedzenie), ale po prostu nie miałem ochoty.

Nagle autobus zatrzymał się na jednym z przystanków (co mnie akurat nie zdziwiło), ale wsiadł chłopak, o tak cudownej urodzie, że nie mogłem powstrzymać się przez bezustannym patrzeniem. Kruczoczarne, zmierzwione włosy opadały lekko na czoło. Oczy przykrywały dość duże, czarne okulary. Idealnie zarysowana szczęka i nieśmiały wzrok, było w nim coś co mnie przyciągało. Głos w mojej głowie kazał mi przestać lampić się w niego jak w posągi bożków i odwróciłem głowę z powrotem do okna.

Po chwili usłyszałem cichą prośbę.

- Mogę tu usiąść? - spytał delikatnym, otulającym moje uszy głosem. Jestem pewien, że gdybym teraz stał, czułbym, jak ziemia się pode mną zapada. Zagryzłem policzek od wewnątrz i uniosłem jedną brew. Czułem, że jeśli ustąpię od razu coś się stanie. Coś w stylu na przykład; stracenia sławy, czego nie chciałbym doświadczyć.

- Może jednak wybierz sobie inne miejsce? - odparłem pytaniem na pytanie. Ociekało sarkazmem na kilometr i miałem nadzieję, że to wyczuje. - A jak nie, to stój, tego nikt ci nie zabroni - dodałem cicho się śmiejąc. To nie tak, że ciągle byłem wredny, tylko dla osób ze szkoły. Nawet nie wiedziałem dlaczego. Ot tak, po prostu, denerwowali mnie wszystkim i po pewnym czasie przestałem być miły dla kogokolwiek. Ku mojemu zdziwieniu, chłopak nadal stał, tylko tym razem ze spuszczoną głową - nie rozumiesz? Usiądź gdzie indziej - dodałem trochę głośniej przez zaciśnięte zęby.

- Ale inne miejsca są zajęte - powiedział cicho, a ja poczułem jak chyba pierwszy raz w życiu na moje policzki wpływają rumieńce. To uczucie w ogóle mi się nie podobało, co spowodowało jeszcze większą nienawiść do chłopaka. Odpuszczając, klepnąłem lekko miejsce obok mnie i odwróciłem się w stronę okna. Ah, to będzie najdłuższa podróż do szkoły.

Kiedy wysiadłem z autobusu, była prawie siódma czterdzieści. Zdjąłem kurtkę do szafki i chwyciłem plecak kierując się w stronę świetlicy, kiedy dopadł mnie Niall. Nazywam go moim "kumplem od papierosa".

- Kogo my tu mamy. Tomlinson, dobrze, że jesteś. Muszę zajarać, mam pierwszy angielski, a ta baba się na mnie uwzięła, nie przeżyję tej lekcji, albo prędzej pierdolnę ją w twarz i odpuści sobie - powiedział oburzony kierując się ze mną w naszą "skrytkę", czyli miejsce, gdzie nikt poza nami nie zagląda.  Zaśmiałem się cicho - no co?

- Mówisz tak chyba przed każdą lekcją, czy nie możesz wymyślić sobie innej wymówki na każdego nauczyciela? - spytałem, a on odpowiedział mi krótkim sarkastycznym śmiechem - ah naprawdę zabawne, Tomlinson.

- I mała prośba - klepnąłem go w plecy - przestań ciągle mówić na mnie Tomlinson - odparłem oburzony. Nienawidziłem, kiedy tak perfidnie wykorzystywał moje szybkie wzburzanie się.

- Tak jest, Tomlinson - zaśmiał się głośno, a ja go popchnąłem także się śmiejąc, kiedy bezwładnie upadł. Potem paliliśmy papierosa, aż do momentu, kiedy delikatna mżawka nie sprawiła, że pojawił się u mnie lekki katar. Przekląłem tą cholerną pogodę i jesień nadchodzącą "wielkimi krokami".

Po dzwonku udałem się pod klasę, w której zwykle prowadzona jest świetlica. Nauczycielka, niewiele starsza ode mnie (no dobra, może o kilka lat), długo nie pojawiała się pod klasą. Wszyscy byliśmy już zebrani. Wtedy go dostrzegłem. Chłopaka z autobusu. Czyli tak będą zapowiadały się te jakże "miłe" poniedziałki? Od początku roku szkolnego minął prawie trzeci tydzień, a ja już przeczuwałem, że to będzie okropny rok.

Spóźniona nauczycielka przyszła po około pięciu minutach.

- Dobrze, żeby nie przedłużać, pójdziemy na salę i pogramy w siatkówkę, a ci co nie będą chcieli, siądą i będą dopingować - takim cudem już po chwili zająłem miejsce jak najdalej od ludzi. Wtedy mój wzrok powędrował na pole do gry. Ta oferma naprawdę zamierza grać?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz